Jesienią po raz pierwszy będę uczyć nowego kursu, do którego już intensywnie się przygotowuję: Socjologia problemów współczesnych i zmian społecznych. Kurs nie jest obowiązkowy, biorą go studenci drugiego roku, a ja mam dużo wolności w układaniu programu – jest zarys problematyki, ale sama decyduję, które kwestie będziemy analizować. Postanowiłam zająć się więc (między innymi) egzotycznymi podróżami. Wielu studentów planuje rok przerwy przed uniwersytetem, i ruszają w trasę albo samodzielnie, albo z różnymi organizacjami charytatywnymi.
Moje nieliczne podróże do “egzotycznych” miejsc mocno mną wstrząsnęły. Okazało się, że miałam w głowie bardzo określone oczekiwania (wydedukowane z książek, filmów, zdjęć), a kiedy rzeczywistość przeczyła moim wyobrażeniom, byłam rozczarowana. Gdzie romantyzm, dlaczego w tych wszystkich legendarnych miejscach jest pełno turystów (a na zdjęciach z folderów nigdy ich nie widać), i dlaczego wszyscy tubylcy chcą ode mnie kasę za zdjęcia? Max Cegielski pisał o tym w swojej “Masali”, zresztą kto tego nie doświadczyła. Wtedy byłam zdezorientowana, ale z upływem czasu zaczęłam trochę więcej rozumieć.
Ostatnio trafiłam na kolorowy reportaż Brenta Stirtona z Etiopii, frapujący w swojej neokolonialnej wymowie. Otóż Stirton, Afrykaner z pochodzenia, dowiedział się, że w Addis Abebie krystalizują się plany konstrukcji wielkiej tamy, która definitywnie zmieni ekosystem doliny rzeki Omo. Prawdopodobnie doprowadzi to do rozproszenia, jeśli nie zagłady, wielu plemion zamieszkujących ten region. Stirton wsiadł więc w samolot i poleciał na dwa tygodnie do Etiopii dokumentować życie codzienne i rytuały ludów z doliny Omo. Miał szczęście znaleźć świetnego lokalnego przewodnika, ale w jego relacji rozpoznałam te same emocje, które powodowały mną na przykład w Chinach: odraza do tłumów gapiów w drogich turystycznych markach, rozczarowanie ceremoniami organizowanymi na pokaz i ludźmi żądającymi pienędzy za zdjęcia.
Żeby odczuwać coś podobnego, trzeba być głęboko przekonanym o swojej wyjątkowości – że ja akurat jestem inna, że moja obecność w żaden sposób nie przyczynia się do zmian w życiu tych ludzi, że ja chcę się tylko zaprzyjaźnić i – ocalić ich od zapomnienia. Dobrze wyraża to następująca refleksja fotografa:
Driving the seven hours back I had some time to reflect on how tourism can corrupt the purity of unique cultures and how that seemed to be playing out with the more accessible of the Omo tribes. It was a frustrating, confusing drive back to our camp. I felt it was wrong that no one was explaining to these tribes the ramifications of their behaviour and how undignified it was making them look.
Parafrazując, Stirton był zmartwiony i sfrustrowany tym jak turystyka zmieniła pięknych, dzikich ludzi na gorsze. Ktoś powinien im wyjaśnić konsekwencje takich wybryków; złość piękności szkodzi. Ewidentnie sam widział się w tym kontekście jako siłę dobra, wyjątkowo nie deprawując ludów Omo swoją obecnością. Jak to możliwe? Co w jego przekonaniu odróżnia go od innych białych odwiedzających te same miejsca? (Nie odpowiem tu w pełni na to pytanie; ciągle zastanawiam się nad odpowiedzią.)
Podejrzewam, że źródło konfuzji Stirtona bije w epoce kolonializmu, kiedy to Europejczycy regularnie usiłowali zmieniać “dzikusów” w ludzi przyzwoitych za pomocą ubrań, dobrych manier, dyscypliny pracy i religii. Równolegle upowszechniała się romantyczna fascynacja niewinnym człowiekiem pierwotnym, “dobrym dzikusem” Rousseau. Obydwa podejścia ignorowały jednak fakt, że każdy człowiek, plemię, czy naród działa i reaguje na rozwój wydarzeń niezależnie od wyobrażeń i oczekiwań kolonizatorów, często w absolutnie nieprzewidywalny sposób. Nasza mentalność nie zmieniła się znów tak bardzo od czasów kolonializmu.
W rzeczywistości żadna kultura nie pozostaje zamrożona w czasie – i dobrze jest czasem zauważyć, że zmiany nie tylko się ludziom przydarzają, ale są też przez nich aktywnie odgrywane. Evo Morales, prezydent Boliwii, postrzegany często jako niepoważna, kolorowa postać, głosi, że Matka Ziemia (Pacha Mama) to żywa istota, której prawo do godnego istnienia trzeba w końcu zacząć respektować. Brzmi absurdalnie? Nie dla Boliwijczyków, walczących o to, by zasoby wody w ich kraju nie zostały sprywatyzowane. Chcę więc pokazać moim studentom, że Boliwia to nie tylko topniejące lodowce, solne pustynie, lamy, flamingi, leniwce i Indianki w kolorowych pasiastych kocach i wysokich kapeluszach, ale też kraj ciężko doświadczany globalnym ociepleniem, beztrosko pogłebianym przez miliony turystów w samolotach, samochodach, na motorach i quadach. A to, że Egipt to nie tylko skansen pełen piramid i wielbłądów już chyba wszyscy wiedzą.
Tymczasem biali (zazwyczaj) podróżnicy w poszukiwaniu “prawdziwego egzotyzmu” tradycyjnie usiłują wyedytować z zastanego obrazu rzeczywistości elementy, które nie pasują do ich romantycznych fantazji. I tak na przykład na przełomie XIX i XX wieku Edward Curtis, specjalizował się w fotograficznych portretach amerykańskich Indian. Jego przepiękne zdjęcia, jak się okazało, były często stylizowane: plemiona, które już wówczas żyły praktycznie uwięzione w rezerwatach jawią się u Curtisa w odświętnych strojach; dumni wojownicy w pióropuszach wydają się ruszać na wojnę, a przedmioty codziennego użytku pochodzące od białych, ale zaaprobowane i powszechnie używane przez autochtonów, są ze zdjęć wymazywane. To samo dzieje się u Brenta Stirtona i jego obrazach Etiopczyków: fotograf ubolewa, że jego bohaterowie zasłaniają swoją nagość na widok obiektywu i jest zszokowany, że kobieta z dyskiem w rozciągniętej dolnej wardze przegląda się w lusterku pozując do zdjęcia. Chciałby uchwycić ich w całej ich niewinności, pierwotności, czystości – ale te pojęcia ewidentnie nie ułatwiają mu zrozumienia tego, co widzi na własne oczy.
Tymczasem życie “tych ludzi” nie toczy się niezależnie od historii i obecności turystów, fotografów, antropologów, backpackerów. Każda wizyta w egzotycznym kraju ma wpływ na życie i świadomość jego mieszkańcow – niekoniecznie negatywny, acz zmasowany tranzyt wakacyjny jest na ogół po prostu niszczycielski. Owszem, turystyka często stanowi ważne źródło dochodu narodowego, ale osiąganego wielkim kosztem. Zbyt często turyści włażą z butami (i aparatami) w życie ludzi oglądanych jak zwierzęta w ZOO. Karaiby, często reklamowane jako raj na ziemi, oferują wiele smutnych przykładów. W Hondurasie, na przykład, żyje niewielka populacja Garinagu (Garifuna) – potomków afrykańskich niewolników. Broszury turystyczne zwą ich “living culture” (jak żywe kultury bakterii w jogurcie) i oferują zorganizowane wycieczki na cotygodniowe jarmarki, na których tubylcy tańczą, śpiewają, sprzedają kokosy, ryby, muszelki, sznurkowe branzoletki i inne pamiątki. Jeśli jednak zabłąkany turysta zawita do wioski w zwykły dzień tygodnia, nie ma co liczyć nawet na jeden uśmiech. Po katastrofalnym trzęsieniu ziemi na Haiti wielkie statki nie zaprzestały rejsów nawet na jeden dzień. Na odgrodzonej od interioru wyspy plaży smażono hamburgery, podczas gdy Haitańczycy przeczesywali gruzy Port-au-Prince w poszukiwaniu jedzenia i czekali na pomoc charytatywną. Trzeba sobie z tego zdawać sprawę.
Może więc czas przestać marzyć o niewinnych i pięknych a serdecznych dzikich ludach, o odkrywaniu siebie w podróży i o zobaczeniu na własne oczy wszystkich cudów świata. Pod piramidami i pod Taj Mahal kłębią się tłumy spoconych turystów, starających się uchwycić najlepszy kadr, to znaczy taki, w którym będzie jak najmniej ludzi, bardzo profesjonalnymi kamerami. A ludzie mieszkający w tych pięknych, legendarnych miejscach dziwnym trafem są coraz biedniejsi i coraz mniej szczęśliwi, dzięki nam, podróżnikom i odkrywcom.
CAMERA, CAMERA – Trailer from malcolm murray on Vimeo.