dominika suwik

O wyspach szczęśliwych

In Uncategorized on Czerwiec 17, 2011 at 11:59 pm

Jesienią po raz pierwszy będę uczyć nowego kursu, do którego już intensywnie się przygotowuję: Socjologia problemów współczesnych i zmian społecznych. Kurs nie jest obowiązkowy, biorą go studenci drugiego roku, a ja mam dużo wolności w układaniu programu – jest zarys problematyki, ale sama decyduję, które kwestie będziemy analizować. Postanowiłam zająć się więc (między innymi) egzotycznymi podróżami. Wielu studentów planuje rok przerwy przed uniwersytetem, i ruszają w trasę albo samodzielnie, albo z różnymi organizacjami charytatywnymi.

Moje nieliczne podróże do “egzotycznych” miejsc mocno mną wstrząsnęły. Okazało się, że miałam w głowie bardzo określone oczekiwania (wydedukowane z książek, filmów, zdjęć), a kiedy rzeczywistość przeczyła moim wyobrażeniom, byłam rozczarowana. Gdzie romantyzm, dlaczego w tych wszystkich legendarnych miejscach jest pełno turystów (a na zdjęciach z folderów nigdy ich nie widać), i dlaczego wszyscy tubylcy chcą ode mnie kasę za zdjęcia? Max Cegielski pisał o tym w swojej “Masali”, zresztą kto tego nie doświadczyła. Wtedy byłam zdezorientowana, ale z upływem czasu zaczęłam trochę więcej rozumieć.

Ostatnio trafiłam na kolorowy reportaż Brenta Stirtona z Etiopii, frapujący w swojej neokolonialnej wymowie. Otóż Stirton, Afrykaner z pochodzenia, dowiedział się, że w Addis Abebie krystalizują się plany konstrukcji wielkiej tamy, która definitywnie zmieni ekosystem doliny rzeki Omo. Prawdopodobnie doprowadzi to do rozproszenia, jeśli nie zagłady, wielu plemion zamieszkujących ten region. Stirton wsiadł więc w samolot i poleciał na dwa tygodnie do Etiopii dokumentować życie codzienne i rytuały ludów z doliny Omo. Miał szczęście znaleźć świetnego lokalnego przewodnika, ale w jego relacji rozpoznałam te same emocje, które powodowały mną na przykład w Chinach: odraza do tłumów gapiów w drogich turystycznych markach, rozczarowanie ceremoniami organizowanymi na pokaz i ludźmi żądającymi pienędzy za zdjęcia.

Żeby odczuwać coś podobnego, trzeba być głęboko przekonanym o swojej wyjątkowości – że ja akurat jestem inna, że moja obecność w żaden sposób nie przyczynia się do zmian w życiu tych ludzi, że ja chcę się tylko zaprzyjaźnić i – ocalić ich od zapomnienia. Dobrze wyraża to następująca refleksja fotografa:

Driving the seven hours back I had some time to reflect on how tourism can corrupt the purity of unique cultures and how that seemed to be playing out with the more accessible of the Omo tribes. It was a frustrating, confusing drive back to our camp. I felt it was wrong that no one was explaining to these tribes the ramifications of their behaviour and how undignified it was making them look.

Parafrazując, Stirton był zmartwiony i sfrustrowany tym jak turystyka zmieniła pięknych, dzikich ludzi na gorsze. Ktoś powinien im wyjaśnić konsekwencje takich wybryków; złość piękności szkodzi. Ewidentnie sam widział się w tym kontekście jako siłę dobra, wyjątkowo nie deprawując ludów Omo swoją obecnością. Jak to możliwe? Co w jego przekonaniu odróżnia go od innych białych odwiedzających te same miejsca? (Nie odpowiem tu w pełni na to pytanie; ciągle zastanawiam się nad odpowiedzią.)

Podejrzewam, że źródło konfuzji Stirtona bije w epoce kolonializmu, kiedy to Europejczycy regularnie usiłowali zmieniać “dzikusów” w ludzi przyzwoitych za pomocą ubrań, dobrych manier, dyscypliny pracy i religii. Równolegle upowszechniała się romantyczna fascynacja niewinnym człowiekiem pierwotnym, “dobrym dzikusem” Rousseau. Obydwa podejścia ignorowały jednak fakt, że każdy człowiek, plemię, czy naród działa i reaguje na rozwój wydarzeń niezależnie od wyobrażeń i oczekiwań kolonizatorów, często w absolutnie nieprzewidywalny sposób. Nasza mentalność nie zmieniła się znów tak bardzo od czasów kolonializmu.

W rzeczywistości żadna kultura nie pozostaje zamrożona w czasie – i dobrze jest czasem zauważyć, że zmiany nie tylko się ludziom przydarzają, ale są też przez nich aktywnie odgrywane. Evo Morales, prezydent Boliwii, postrzegany często jako niepoważna, kolorowa postać, głosi, że Matka Ziemia (Pacha Mama) to żywa istota, której prawo do godnego istnienia trzeba w końcu zacząć respektować. Brzmi absurdalnie? Nie dla Boliwijczyków, walczących o to, by zasoby wody w ich kraju nie zostały sprywatyzowane. Chcę więc pokazać moim studentom, że Boliwia to nie tylko topniejące lodowce, solne pustynie, lamy, flamingi, leniwce i Indianki w kolorowych pasiastych kocach i wysokich kapeluszach, ale też kraj ciężko doświadczany globalnym ociepleniem, beztrosko pogłebianym przez miliony turystów w samolotach, samochodach, na motorach i quadach. A to, że Egipt to nie tylko skansen pełen piramid i wielbłądów już chyba wszyscy wiedzą.

Tymczasem biali (zazwyczaj) podróżnicy w poszukiwaniu “prawdziwego egzotyzmu” tradycyjnie usiłują wyedytować z zastanego obrazu rzeczywistości elementy, które nie pasują do ich romantycznych fantazji. I tak na przykład na przełomie XIX i XX wieku Edward Curtis, specjalizował się w fotograficznych portretach amerykańskich Indian. Jego przepiękne zdjęcia, jak się okazało, były często stylizowane: plemiona, które już wówczas żyły praktycznie uwięzione w rezerwatach jawią się u Curtisa w odświętnych strojach; dumni wojownicy w pióropuszach wydają się ruszać na wojnę, a przedmioty codziennego użytku pochodzące od białych, ale zaaprobowane i powszechnie używane przez autochtonów, są ze zdjęć wymazywane. To samo dzieje się u Brenta Stirtona i jego obrazach Etiopczyków: fotograf ubolewa, że jego bohaterowie zasłaniają swoją nagość na widok obiektywu i jest zszokowany, że kobieta z dyskiem w rozciągniętej dolnej wardze przegląda się w lusterku pozując do zdjęcia. Chciałby uchwycić ich w całej ich niewinności, pierwotności, czystości – ale te pojęcia ewidentnie nie ułatwiają mu zrozumienia tego, co widzi na własne oczy.

Tymczasem życie “tych ludzi” nie toczy się niezależnie od historii i obecności turystów, fotografów, antropologów, backpackerów. Każda wizyta w egzotycznym kraju ma wpływ na życie i świadomość jego mieszkańcow – niekoniecznie negatywny, acz zmasowany tranzyt wakacyjny jest na ogół po prostu niszczycielski. Owszem, turystyka często stanowi ważne źródło dochodu narodowego, ale osiąganego wielkim kosztem. Zbyt często turyści włażą z butami (i aparatami) w życie ludzi oglądanych jak zwierzęta w ZOO. Karaiby, często reklamowane jako raj na ziemi, oferują wiele smutnych przykładów. W Hondurasie, na przykład, żyje niewielka populacja Garinagu (Garifuna) – potomków afrykańskich niewolników. Broszury turystyczne zwą ich “living culture” (jak żywe kultury bakterii w jogurcie) i oferują zorganizowane wycieczki na cotygodniowe jarmarki, na których tubylcy tańczą, śpiewają, sprzedają kokosy, ryby, muszelki, sznurkowe branzoletki i inne pamiątki. Jeśli jednak zabłąkany turysta zawita do wioski w zwykły dzień tygodnia, nie ma co liczyć nawet na jeden uśmiech. Po katastrofalnym trzęsieniu ziemi na Haiti wielkie statki nie zaprzestały rejsów nawet na jeden dzień. Na odgrodzonej od interioru wyspy plaży smażono hamburgery, podczas gdy Haitańczycy przeczesywali gruzy Port-au-Prince w poszukiwaniu jedzenia i czekali na pomoc charytatywną. Trzeba sobie z tego zdawać sprawę.

Może więc czas przestać marzyć o niewinnych i pięknych a serdecznych dzikich ludach, o odkrywaniu siebie w podróży i o zobaczeniu na własne oczy wszystkich cudów świata. Pod piramidami i pod Taj Mahal kłębią się tłumy spoconych turystów, starających się uchwycić najlepszy kadr, to znaczy taki, w którym będzie jak najmniej ludzi, bardzo profesjonalnymi kamerami. A ludzie mieszkający w tych pięknych, legendarnych miejscach dziwnym trafem są coraz biedniejsi i coraz mniej szczęśliwi, dzięki nam, podróżnikom i odkrywcom.

CAMERA, CAMERA – Trailer from malcolm murray on Vimeo.

Indiański etos pracy

In Uncategorized on Listopad 5, 2010 at 11:32 pm

Krąży tu po Quebeku taka historia: w XVIII wieku handlarze z kolonialnych placówek intensywnie skupowali zwierzęce skóry od Indian. Głównie bobrowe, wyprawiane na miękko i popularne w Europie w formie przeciwdeszczowych kapeluszy.  W pewnym momencie stały się tak modne, że, zgodnie z prawem popytu i podaży, kupcy zaczęli oferować rdzennym dostawcom dwukrotnie wyższe ceny – na co Indianie bardzo się ucieszyli i zaczęli dostarczać do placówek dwa razy mniej skór. “Okazja żeby więcej zarobić” jakoś ich nie porwała.

Szukając źródeł tej opowieści, natknęłam się na akademickie sprostowania, że wcale tak nie było, i że otóż Indianie właśnie dwoili wysiłki, tyle, że w tym czasie już zaczęły się powoli wyczerpywać zasoby naturalne regionu, stąd niedobory bobrów.

Co mnie zastanowiło to sposób, w jaki autorzy próbują ten “mit” obalić: tak jakby rzekome lenistwo Indian w tym procederze było nieuzasadnionym zarzutem, i jakby trzeba było zaświadczać, że Pierwsze Narody również ciężko pracowały i miały swój etos pracy.

Tymczasem mnie ta historia zaciekawiła z innego powodu: bo ukazuje mentalność, jaka dzisiaj uchodzi za naiwną i trochę może nawet głupią, mimo, że  jest w zasadzie sensowniejsza niż wiara w nieskończony postęp i kumulację.

Jakiś czas potem czytałam “Etykę protestancką a duch kapitalizmu” Webera, a tam taka rewelacja: we wszystkich rozwiniętych krajach Europy, w których po feudalizmie stopniowo zaczynała szerzyć się racjonalizacja, pracodawcy próbowali podnieść wydajność pracowników (również chłopów), oferując im większe stawki za sztukę /akord /jednostkę plonu. Ku ich zaskoczeniu, niepokojąco często wyższa płaca prowadziła do skracania czasu pracy. Okazja lepszych zarobków była mniej atrakcyjna niż wizja wolnego czasu. Pytanie nie brzmiało: “Ile mogę zarobić danego dnia, jeśli będę pracować ile tylko dam radę?”, a: “Ile muszę pracować, żeby dostać tę samą stawkę, co wcześniej, bo wystarcza na moje tradycyjne potrzeby?” Tak Weber tłumaczy tradycjonalizm:

A man does not “by nature” wish to earn more and more money, but simply to live as he is accustomed to live and to earn as much as is necessary for that purpose. Wherever modern capitalism has begun its work of increasing the productivity of human labour by increasing its intensity, it has encountered the immensely stubborn resistance of this leading trait of pre-capitalistic labour.

Indiańskiego etosu pracy nie trzeba więc chyba bronić.

Jacques Languirand i “Indianie”

In Uncategorized on Październik 19, 2010 at 1:37 am

W każdą sobotę, od dwudziestej do północy, francuskojęzyczne Radio Canada (CBC) nadaje audycję Par 4 chemins. Prowadzi ją od czterdziestu lat wciąż ten sam Jacques Languirand, quebecki fenomen.

Osiemdziesięcioletni Jacques jest autorem, aktorem, producentem, dramaturgiem, scenografem, profesorem-samoukiem. Kiedy nie nagrywa audycji radiowych, występuje w telewizji, udziela się w prasie, wrzuca krótkie (długie też) filmiki na swoją stronę internetową. Dla mojego mózgu, przyzwyczajonego do szybkiego przeskakiwania od jednego  impulsu do drugiego, jego audycje – cztery godziny cytatów, opowieści, dywagacji i niezłej muzyki – to maraton. Nie wytrwałam jeszcze dłużej niż godzinę.

Jacquesa wielbią intelektualiści i hiphopowcy, za recenzje książek i za nieugiętą postawę w kwestii legalizacji marihuany. Na zdjęciach przypomina puszczyka (fantastyczne brwi), głos ma ciepły i chropawy. Mówiąc, bardzo ekscytuje się tym, co właśnie czyta czy omawia, od czasu do czasu zaśmiewając się do rozpuku z własnych słów (bardzo zaraźliwe).

Zresztą nie tylko on tak się cieszy: w Radio Canada i dziennikarze, i goście ciągle wybuchają śmiechem, ale takim prawdziwym, z brzucha. Przez pierwsze miesiące w Kanadzie reagowałam na te dziwaczne odgłosy niedowierzaniem. Kręciłam głową. Próbowałam wytłumaczyć moim Québécois, że w polskim radio nie jest przyjęte rechotanie. Albo przybiera się ton uprzejmie neutralny, ewentualnie kulturalnie zadumany, albo toczy ostre dyskusje (myślę tu o kanałach publicznych). W programach satyrycznych śmiech zaś się elegancko tłumi. Zasłania się usta zwiniętą dłonią. Usłyszałam, że to pewnie ta słynna słowiańska melancholia.

Jacques często opowiada o amerykańskich Indianach. Szukam tu odpowiednich słów – w języku angielskim i francuskim raczej się już nie używa nazwy Indianie (pora w końcu naprawić błąd Kolumba), a mówi się o Autochtonach, Pierwszych Narodach, rdzennych Amerykanach, ewentualnie Amerindianach. Wikipedia podsuwa mi jeszcze Tubylczych Amerykanów, ale chyba już bardziej kolonialnie brzmieć nie można, więc na razie pozostanę przy Amerindianach.

To jest temat, który dopiero zaczęłam zgłębiać. Raczej trudny – współcześni Amerindianie, zwłaszcza ci żyjący w rezerwatach, czyli gettach, najczęściej występują w mediach (i w podręcznikach socjologii) jako Wielki Problem Społeczny. To jest ciemna strona wspaniałej Kanady. Wprawdzie Jacques zajmuje się częściej szamanizmem niż ich sytuacją życiową, ale też nie próbuje lukrować rzeczywistości.

W podstawówce uwielbiałam książki o Indianach. Pochłonęłam cały “Pięcioksiąg Przygód Sokolego Oka” Coopera (z antykwariatu, gruby żółty papier, nieporozcinane strony). Książki te były bardzo romantyczne, a zapamiętałam z nich przede wszystkim to, że historie o Indianach nigdy dobrze się nie kończą. Pewnie to słowiańska melancholia kazała mi się tak nimi fascynować.

Czytałam też o Eskimosach – czy “Anaruk, chłopiec z Grenlandii” jest nadal lekturą szkolną? Pamiętam, że Anarukowi nie smakowała czekolada, ale mydło jadł z ochotą (wtf?!)*. Mieliśmy też w domu zbiór makabrycznych bajek eskimoskich. Potem był Szklarski, a w końcu “Mały Bizon” Fiedlera – o smutnym losie Indian na kurczących się terenach rezerwatów.

Teraz, słuchając Jacquesa, przypominam sobie te wszystkie porozpraszane informacje i próbuję je sensownie poukładać. Konfrontacja niedorosłych wyobrażeń z nową wiedzą jest bardzo poruszająca. Zaczynam pojmować tę Kanadę.

* wtf = sic!

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.